"Wyobraźcie sobie, że wasze dziecko wraca ze szkoły z nosem spuszczonym na kwintę, bo koleżanki stwierdziły, że jest 'biedne'. Powód: nie ma najnowszego smartfona. Wychodzi, że to, co nosimy w kieszeni, stało się wyznacznikiem naszej wartości. Jeśli tak, to mamy poważny problem z wychowaniem młodego pokolenia".
Publikujemy list naszej czytelniczki. Tekst został zredagowany przez Styl.fm. Czekamy na historie pod adresem: [email protected]. Wybrane teksty opublikujemy. Zastrzegamy sobie prawo do redakcji tekstu.
Nie masz jabłuszka - to się nie liczysz
Moja córka Zuzia, 11 lat, wróciła ostatnio ze szkoły z miną, jakby ktoś jej powiedział, że wakacje zostały odwołane. Zapytałam, co się stało, a ona wybuchnęła:
Mamo, czy my jesteśmy biedni? Dziewczyny w klasie powiedziały, że mam bieda-telefon i wstyd z takim chodzić!
Najpierw poczułam, że krew odpływa mi z twarzy. Potem włączyło się we mnie coś, co można określić jako gniewne turbo-matczyne instynkty. Co to w ogóle za tekst? "Bieda-telefon"? Przecież ten telefon robi zdjęcia, pozwala grać w gry i dzwonić do mnie, kiedy trzeba. Czy czegoś więcej potrzeba 11-latce?
Okazuje się, że potrzeba. Wspomniane koleżanki mają telefony najnowszej generacji, takie z bajerami, o których nawet ja nie wiedziałam, że istnieją. A Zuzia, cóż, ma "zwykły" model. W 2025 roku najwyraźniej bycie zwykłym to największy grzech.
"Moda na elektronikę" – nowy sport w szkołach
Rozmawiałam o tej sytuacji z sąsiadką, która ma syna w podobnym wieku. I wiecie co? To, co opowiedziała, tylko mnie utwierdziło w przekonaniu, że dzieciaki zaczynają żyć w jakimś alternatywnym świecie.
Mój Bartek wrócił ostatnio zapłakany, bo koledzy powiedzieli, że jest 'przegrywem', bo nie ma słuchawek bezprzewodowych. A jak próbował im wytłumaczyć, że ma inne wydatki, to śmiali się jeszcze bardziej!
Wydatki. Bartek, lat 12, ma inne wydatki. To brzmi jak coś wyjętego z komedii, ale niestety to nasza rzeczywistość. Dzieci zamiast cieszyć się zabawą czy wspólnym czasem, zaczynają oceniać siebie nawzajem przez pryzmat rzeczy, które posiadają.
Nikt nie mówi o prawdziwych wartościach
Zawsze wydawało mi się, że szkoła to miejsce, gdzie dzieci uczą się współpracy, empatii i wzajemnego szacunku. Ale patrząc na to, co się dzieje, mam wrażenie, że szkoły zamieniły się w areny, gdzie młodzi ludzie walczą o dominację, używając gadżetów jako broni.
Znajoma nauczycielka powiedziała mi ostatnio:
Wiesz, my próbujemy uczyć dzieci, że liczy się charakter, a nie rzeczy materialne, ale one i tak chłoną to, co widzą w mediach czy u dorosłych. Jak rodzice porównują samochody, to dzieci porównują telefony.
To smutne, bo mam wrażenie, że świat zaczyna zapominać, czym jest prawdziwa wartość człowieka. Czy naprawdę chcemy, żeby nasze dzieci rosły w przekonaniu, że przyjaźń zależy od tego, jaki masz model telefonu?
Co możemy zrobić jako rodzice
Po tej sytuacji z Zuzią postanowiłam zrobić małe „przemówienie” przy kolacji. Powiedziałam jej, że telefon to tylko narzędzie, a nie wizytówka jej wartości. Że to, kim jest jako osoba, jak traktuje innych i jakie ma serce, liczy się najbardziej. Ale wiem, że takie rozmowy to za mało, bo dzieci i tak są bombardowane innymi komunikatami.
Może warto, żeby szkoły zaczęły organizować więcej zajęć na temat empatii i akceptacji? Może czas, żebyśmy my, rodzice, przestali chwalić się wszystkim, co mamy, przed dziećmi? Bo prawda jest taka, że one kopiują nasze zachowania.
Bo dzieci to dzieci – powinny się śmiać i bawić, a nie martwić, czy ich telefon jest wystarczająco "cool".
Ewelina