Polska żegna wybitnego sportowca. Był filarem naszej reprezentacji

Polska żegna wybitnego sportowca. Był filarem naszej reprezentacji

Polska żegna wybitnego sportowca. Był filarem naszej reprezentacji

canva.com, facebook.com/profile.php?id=61583849400526

To scenariusz, którego w dzisiejszym, skomercjalizowanym sporcie nikt już nie napisze. Opowieść o wierności jednym barwom, charakterze twardszym niż parkiet i talencie, który zaprowadził go na olimpijskie salony. Janusz Cegliński nie żyje, a wraz z nim kończy się pewna epoka. Odszedł człowiek, który udowodnił, że bycie legendą to coś więcej niż statystyki.

Reklama

Czarny marzec polskiej kultury. Odchodzą giganci "starej daty"

Początek 2026 roku bezlitośnie ograbia nas z autorytetów. To nie jest zwykła seria nekrologów – to bolesne pożegnanie z pokoleniem, dla którego klasa, warsztat i pokora były ważniejsze niż blask fleszy i zasięgi w mediach społecznościowych.

Gdy w lutym żegnaliśmy wybitne osobowości sceny, takie jak Edward Linde-Lubaszenko czy Bożena Dykiel, wydawało się, że limit smutku został wyczerpany. Byli to ludzie ulepieni z innej gliny – tej samej, z której powstał Janusz Cegliński. Dziś do panteonu nieobecnych dołącza kolejna ikona. I choć zamienił deski teatru na parkiet, a oklaski zbierał nie za monologi, a za wsady, łączył ich ten sam mianownik: mistrzostwo w swoim fachu i szacunek, na który pracowali dekadami.

wieńce na pogrzebie Bożeny Dykiel Fot. AKPA

Dwumetrowa wieża Gdańska. Ostatni taki "Korsarz"

W dzisiejszym sporcie przywiązanie do barw klubowych trwa zwykle tyle, co kontrakt reklamowy. Tymczasem Janusz Cegliński był zjawiskiem wręcz romantycznym. Przez lata był dwumetrową wieżą, która rzucała cień na rywali w gdańskiej hali, stając się żywym symbolem Wybrzeża Gdańsk.

Liczby, które po sobie zostawił, są wręcz abstrakcyjne:
425 meczów w jednym klubie – rekord, do którego współcześni zawodnicy nawet nie są w stanie się zbliżyć.
4555 punktów – wynik dający mu status wicekróla strzelców w historii klubu.
Cztery tytuły mistrza Polski, które wywalczył w latach 70., prowadząc "Korsarzy" do złotej ery.

To nie był tylko zawodnik. To była instytucja. Kiedy "Cegła" wchodził pod kosz, rywale wiedzieli, że żarty się skończyły.

czarno-białe zdjecie koszykarza facebook.com/profile.php?id=61583849400526

Olimpijski sen i hiszpański koncert

Janusz Cegliński to nie tylko lokalny bohater. To olimpijczyk z Monachium (1972), który z orłem na piersi nie miał kompleksów wobec najlepszych na świecie. W reprezentacji Polski wystąpił aż 151 razy, ale to jeden mecz na igrzyskach przeszedł do historii.

Podczas turnieju w Monachium, w starciu z Hiszpanią, Cegliński wspiął się na wyżyny swoich umiejętności. Zdobył wtedy 15 punktów, będąc nieuchwytnym dla obrońców i pokazując, że polska koszykówka ma w swoich szeregach gracza formatu światowego. Tamten turniej, zakończony 10. miejscem, był ukoronowaniem jego reprezentacyjnej drogi. Kończył karierę w Spójni Gdańsk i na Węgrzech, ale to olimpijski znicz był najjaśniejszym punktem jego sportowego CV.

paląca się świeca, w miniaturze czarno-białe zdjecie koszykarza canva.com, facebook.com/profile.php?id=61583849400526

Warszawa płakała po "Kicim", Gdańsk płacze po Ceglińskim

Historia lubi się rymować, niestety czasem w najsmutniejszy sposób. Zaledwie kilka miesięcy temu Warszawa i cała piłkarska Polska żegnały Lucjana Brychczego. Tak jak Brychczy był sercem Legii Warszawa, tak Cegliński był duszą Wybrzeża.

Obaj byli symbolami lojalności, a ich odejście wywołuje ten sam rodzaj pustki. Janusz Cegliński dołączył do niebiańskiej drużyny, w której nie ma już kontuzji, a każdy rzut jest celny.

Pogrzeb Edwarda Linde-Lubaszenki. Tak tłum gwiazd i fanów pożegnał wybitnego aktora
Źródło: AKPA
Reklama
Reklama