Tragiczny poranek zatrzymał serca kibiców w całym kraju. Nagle, w wieku zaledwie 49 lat, odszedł Jacek Magiera – wybitny szkoleniowiec i prawdziwy "Magik", który zamiast krzyku i brutalnego rygoru zostawił po sobie testament, jakiego nikt się w tym środowisku nie spodziewał. Dziś, gdy trenera nie ma już wśród nas, wspomnienia o jego metodach mrożą krew w żyłach i wzruszają do łez. Zamiast wręczać luksusowe gadżety, obdarowywał piłkarzy potężną dawką wiedzy, a jego nietuzinkowe upominki dosłownie wywracały ich światopogląd do góry nogami.
Szczęście czy fart. Trener który wykupił cały nakład książki o sukcesie
Świat futbolu często kojarzy się z prostymi, surowymi emocjami, ale zmarły szkoleniowiec absolutnie łamał ten stereotyp. Trener Jacek Magiera był typem intelektualisty, magistrem historii, który na Akademii im. Jana Długosza w Częstochowie obronił fascynującą pracę zatytułowaną „Historyczna i heraldyczna emblematyka na podstawie klubów piłkarskich”. Ta rozległa wiedza sprawiała, że jego metody wychowawcze szokowały, a pewnego dnia postanowił wyczyścić magazyny polskich księgarń. Trener z ulicy Łazienkowskiej wykupił ponad 700 egzemplarzy jednej pozycji, aby rozdawać ją każdemu wokół.
Tym niezwykłym prezentem była książka Szczęście czy fart?, która błyskawicznie stała się obowiązkową lekturą w szatni. Magiera nie tylko ją wręczał, ale niczym surowy nauczyciel odpytywał z niej zawodników, udowadniając im, że na sportowy szczyt trzeba metodycznie i cierpliwie zapracować. Jego nagła śmierć spowodowana problemami z sercem sprawiła, że wiele osób wciąż ma "miękkie nogi" z niedowierzania po tej bolesnej stracie. Jarosław Szandrocho wprost przyznaje, że po takim ciosie z samego rana człowiek nie potrzebuje nawet kawy, a jego słowa chwytają za gardło:
Tym bardziej będzie to dla mnie szczególna książka. Oczywiście od razu przeczytałem, bo trener zawsze o to pytał, kiedy dawał książkę. Na pewno zwraca ona uwagę na wiele aspektów życia. Że szczęście jest szczęściem, fart jest fartem, ale na szczęście i farta trzeba zapracować. Żeby mieć szczęście w życiu, to bardzo ciężko trzeba na to pracować. Tak jak mówią, że szczęście sprzyja lepszym, to właśnie lepszym, z tego względu na to, że na to szczęście się pracuje. (…) Jest to nie do uwierzenia. Taka informacja rano… Człowiek nie potrzebuje kawy. Do tej pory mam miękkie nogi, ciężko cokolwiek powiedzieć, bo nie ma mądrych słów na to, żeby określić tę stratę. Nie tylko dla piłki, dla ludzi, którzy z nim przebywali, którzy wyciągali te wszystkie jego sentencje, które miał na temat różnych spraw życiowych
AKPA
Kuchy ogarnij się. Cięte riposty i lekcje pokory od których zależała kariera
Choć miał złote serce, potrafił być do bólu szczery i piekielnie wymagający. Jego obsesja na punkcie czystości i żelaznej dyscypliny to gotowy scenariusz na film, bo uważał, że bałagan w klubowej szafce to istna parada bezwstydności, za którą błyskawicznie idzie chaos na boisku. Od młodych, zarabiających krocie zawodników wymagał absolutnych podstaw: perfekcyjnie wyczyszczonych butów, wysokiej kultury osobistej, a nawet udowadniania, że potrafią samodzielnie wyprasować swoje koszule. Jego upominki nierzadko niosły ze sobą bezlitosne przesłanie, o czym boleśnie przekonał się Michał Kucharczyk, odbierając książkę "Boso, ale w ostrogach".
Znalazła się w niej niezwykle ostra dedykacja, która stanowiła dla zawodnika prawdziwy kubełek zimnej wody, uratowała jego sportowe życie i kazała mu na nowo zdefiniować życiowe priorytety. Trener w najmniej oczekiwanym momencie potrafił uderzyć w czuły punkt, by natychmiast sprowadzić gubiącego się sportowca na ziemię:
Kuchy, ogarnij się w końcu
Szkoleniowiec doskonale wiedział, że motywacja piłkarzy musi opierać się na brutalnym uświadomieniu im, jak ulotna jest ich sława i kariera. Dlatego też potrafił wstrząsnąć całą szatnią, serwując swoim podopiecznym gorzką, ale niezwykle życiową pigułkę:
Każdy z was ma dwie drogi. Albo dzisiaj ostro pracujecie, aby bawić się przez resztę życia. Albo bawicie się teraz, a wtedy przez resztę życia będziecie musieli ciężko pracować
Ratownik ludzkich karier. Od hazardu Grosickiego po odrodzenie Rzeźniczaka
Instynkt Jacka Magiery w ratowaniu młodych talentów przypominał rasowy film sensacyjny. Kiedy młodziutki Kamil Grosicki wpadł w przerażające sidła nałogu, trener natychmiast roztoczył nad nim parasol ochronny i zaczął potajemnie współpracować z dyrektorami warszawskich kasyn. Zamiast publicznie zrównać zawodnika z ziemią, wyłapywał najmniejsze potknięcia i osobiście jeździł w środku nocy, by wyrwać chłopaka sprzed stołu z ruletką. Napięcie między nimi w tamtym czasie najlepiej oddaje krótka, mrożąca krew w żyłach wymiana zdań przez telefon:
Gdzie jesteś, Kamil?
W domu, trenerze, po kolacji.
Ten nieprawdopodobny upór sprawił, że trener dosłownie ratował mu życie, chroniąc przed szybkim upadkiem na samo dno. Takich pięknych historii w polskiej piłce było więcej – to właśnie on zaufał zniszczonemu krytyką Jakubowi Rzeźniczakowi w słynnym meczu, gdzie Liga Mistrzów Legia mierzyła się z gigantycznym Realem Madryt. Dzięki swojemu empatii i psychologii odbudował też formę takich zawodników jak Vadis Odidja-Ofoe, czy grający dla klubu Śląsk Wrocław król strzelców, Erik Exposito. Metody treningowe Magiery opierały się na dotarciu do zakamarków ludzkiej duszy, o czym sam otwarcie opowiadał:
Kiedy chcę z zawodnikiem porozmawiać prywatnie, żeby lepiej go poznać – wolę zrobić to na neutralnym gruncie, czasem przy obiedzie. Nikt nam nie przeszkadza, więcej można sobie powiedzieć. Pytam ich o rodziny, dzieci, nawet co im się śniło. Dwa - trzy zdania i odmieniają się relacje zawodnika z trenerem.
Tragiczna śmierć Jacka Magiery to dla całego środowiska wyjątkowa strata, która zostawia po sobie długo krwawiącą ranę. Mimo że funkcjonował w drapieżnym, cynicznym i napompowanym gigantycznymi pieniędzmi świecie, trudno znaleźć o nim złe słowo. Potrafił powołać do życia tak ambitne projekty jak akademia Legii Warszawa czy sięgać po wicemistrzostwo Polski, nigdy nie tracąc przy tym swojej wyrozumiałej, ludzkiej twarzy. To niezwykłe zjawisko doskonale podsumował swego czasu dziennikarz Piotr Kamieniecki:
To byłoby dobre zadanie dla dziennikarza śledczego. Dać mu zadanie: znajdź coś złego o Jacku Magierze. Stawiam, że chodziłby, próbował, a po dwóch miesiącach wrócił i powiedział „nie no, mam to w dupie, to się nie uda”
Gdy dziś czytamy płynące ze wszystkich stron pożegnania, współpracownicy Jacka Magiery najczęściej z ogromną bezradnością przyznają:
To nie do uwierzenia… nie ma słów, by opisać tę stratę
Odszedł genialny analityk i wspaniały mentor. Polska piłka nożna traci wielkiego człowieka, dla którego futbol był jedynie pretekstem do wychowywania lepszych i mądrzejszych ludzi, co pięknie i ostatecznie puentuje sam zespół Legii Warszawa:
Z ogromnym smutkiem żegnamy Jacka Magierę – wyjątkowego człowieka, trenera i piłkarza, który na stałe zapisał się w historii Legii Warszawa i całej polskiej piłki. Na zawsze pozostaniesz w naszej pamięci i w naszych sercach