Odszedł po cichu, tak jak żył – z niezwykłą klasą i bez cienia pazerności na brawa. Wiadomość o śmierci Mirosława Krawczyka, która obiegła media w sobotę, wstrząsnęła nie tylko fanami teatru, ale i wielbicielami talentu jego syna. Bo choć dziś to Mikołaj Krawczyk błyszczy na ekranach, jego sukces został zbudowany na fundamencie, który stworzył ojciec – artysta, który wiedział, kiedy zejść ze sceny.
Informację o śmierci 72-letniego aktora Mirosława Krawczyka przekazał Teatr Wybrzeże, jego wieloletni artystyczny dom. Mirosław Krawczyk zmarł 21 lutego 2026 roku, pozostawiając po sobie pustkę, której nie wypełni żaden casting. Był uosobieniem "starej szkoły" aktorstwa, w której liczył się kunszt, a nie medialny szum.
"Mama i tata mi się udali". Od niedoszłego inżyniera do legendy sceny
Niewiele brakowało, a polska scena nigdy nie poznałaby talentu Mirosława Krawczyka. Jako młody chłopak planował bowiem... studia na AGH. Dopiero polonistka dostrzegła w nim iskrę i namówiła do zmiany planów, co zaowocowało dyplomem krakowskiej PWST. To właśnie ta decyzja zaprowadziła go do Teatru Śląskiego w Katowicach, gdzie los postawił na jego drodze Marię Mielnikow.
Ich historia miłosna to gotowy scenariusz na film. Młodzi aktorzy zakochali się w sobie bez pamięci i pobrali zaledwie dwa tygodnie po poznaniu. Wbrew wszelkim statystykom, to impulsywne uczucie przetrwało dekady, tworząc ciepły, artystyczny dom dla ich dzieci. To w takiej atmosferze dorastał Mikołaj Krawczyk.
Mama i tata mi się udali
– powtarza często gwiazdor serialu "Pierwsza miłość".
Rodzice Mikołaja Krawczyka nie musieli go namawiać do zawodu – on nim po prostu oddychał.
Dzieciństwo przesiedziałem albo w teatralnej garderobie, albo na widowni. W domu też ciągle słuchałem rozmów o teatrze. Ale sam do tego zawodu dojrzewałem stopniowo. Miałem świadomość, co on ze sobą niesie, jakie są jego pułapki i niebezpieczeństwa i na co trzeba uważać
Maria Mielnikow-Krawczyk / Fot. www.terazteatr.pl
Poruszająca decyzja Mirosława Krawczyka. "Należy zwolnić etat"
Choć masowa publiczność pokochała go za kultową rolę dr. Krzysztofa Zawady, a Radio Romans obsada do dziś wspomina go z sentymentem, Mirosław Krawczyk był aktorem wszechstronnym. W swoim dorobku miał ponad 300 ról, błyszcząc w takich produkcjach jak "Anna i wampir", "Czarny czwartek", "Disco polo" czy "Awantura o Basię". Mimo to, Krawczykowie dali swoim dzieciom wolność wyboru – ich córka Magdalena, w przeciwieństwie do brata, wybrała życie z dala od blasku fleszy.
Największą lekcję pokory aktor dał jednak sześć lat temu. Po 40 latach pracy artystycznej podjął decyzję, która w świecie show-biznesu, gdzie każdy walczy o uwagę do samego końca, była aktem niezwykłej odwagi. Postanowił przejść na emeryturę i zwolnić etat dla młodszego pokolenia.
Niby nie trzeba, ale należy zwolnić etat. Będę grał dalej, ale muszę dać miejsce młodym. Takie życie. (...) Bez teatru nie jestem w stanie żyć
Mimo formalnego odejścia, aktorzy Teatru Wybrzeże wciąż mogli liczyć na jego wsparcie podczas występów gościnnych.
facebook.com/filmpolski-ibfp
Odszedł artysta, który nie walczył o sławę
Mirosław Krawczyk debiutował w 1978 roku w spektaklu "Damy i huzary" w reżyserii samego Jana Machulskiego. Przez całe życie hołdował zasadzie, że dobra sztuka obroni się sama. Gardził przepychankami o role i nigdy nie dał się wciągnąć w wyścig szczurów, tak charakterystyczny dla dzisiejszej branży.
Nie jestem pazerny, nigdy nie zabiegałem o role. Wydawało mi się, że mój kunszt winni docenić reżyserzy. Podobnie w filmie. Nigdy nie byłem na żadnym castingu
Dziś, gdy Mirosław Krawczyk nie żyje, te słowa brzmią jak testament dla młodych artystów. Odszedł człowiek, który udowodnił, że można być wielkim aktorem, pozostając jednocześnie skromnym człowiekiem. Swoją największą rolę odegrał jednak w życiu prywatnym – jako mąż Marii i ojciec, który z dumą patrzył, jak syn przejmuje pałeczkę, występując u jego boku w "Piotrusiu Panu".